top of page

Wilhelmine Maria Hedwig Paula Aloysia Schaffgotsch (1919-1945)

037(2)-min.png

Pierwszym dzieckiem hrabiny Marie Sophie Ferdinandine Josefine Margarete Henckel von Donnersmarck (1896-1972) i hrabiego Hansa Ulricha Gottharda Marii Eugena Joachima Schaffgotscha (1889-1943) była córka Wilhelmine Maria Hedwig Paula Aloysia Schaffgotsch, urodzona 20 stycznia 1919 roku w Kopicach. Mając 21 lat, 10 października 1940 roku hrabianka Wilhelmina Schaffgotsch poślubiła w Nakle Śląskim (niem. Naklo), w rodzinnym majątku matki, 23-letniego hrabiego Johanna Heinricha Hermanna Leopolda Marię Larischa von Moennich (1917-1997). Tydzień później, 17 października 1940 roku, odbył się ich ślub kościelny we Wrocławiu.

Po ślubie Wilhelmina zamieszkała wraz z mężem w Pałacu Solca (Schloss Solza) wybudowanym w roku 1873 w miejscowości Karwina (Karvina) w pobliżu Cieszyna, gdzie znajdował się rodzinny majątek Larischów.

Był to jeden z najokazalszych pałaców w regionie. Pałac niestety nie przetrwał do dnia dzisiejszego. Spłonął po części w nocy z 5 na 6 grudnia 1944 roku. Przyczyna pożaru nie jest mi znana. Zapewne w tym czasie, u schyłku II wojny światowej, mając świadomość że od wschodu szybkim tempem zbliża się Armia Czerwona, nikt już nie podjął się remontu/odbudowy pałacu. Po zajęciu tych terenów przez wojska sowieckie i zakończeniu wojny, ograbiony i w stanie ruiny, zapewne nie przedstawiał dla czeskich komunistów jakiejkolwiek wartości i dlatego w roku 1953 został ostatecznie zburzony. Stojący nieopodal kościół podzielił losy pałacu w roku 1960. W roku 1985 zburzono również rodzinny grobowiec Larischów.  Ale wracając do Wilhelminy i Johanna Larischów ...

Wilhelmina i Johann mieli dwie córki: Franziska Sofie Maria Wilhelmine Lucretia Larisch von Moennich (urodz. 1.4.1942) oraz Olivia Maria Hedwig Johanna Theresia Larisch von Moennich (urodz. 14.10.1943).

Niestety rodzinne szczęście trwało bardzo krótko. Według informacji jakie w swoich wspomnieniach zachowała rodzina Schaffgotsch i rodzina Larisch, Wilhelmina miała zginąć tragicznie 22 listopada 1945 roku w wypadku samochodowym w okolicy miejscowości Čepice w Czechach. 

Właśnie w listopadzie tego roku (2025) upłynęło równe 80 lat od feralnego czwartku 22 listopada 1945 roku, kiedy to 26-letnia Wilhelmina Larisch von Moennich (z domu Schaffgotsch), matka dwóch malutkich córeczek, ginie w wypadku samochodowym w zagmatwanych okolicznościach podczas podróży z zamku Valeč (Schloss Waltsch, będący własnością rodziny Larisch w latach 1937-1945) do swojego męża przebywającego w Austrii. Tak naprawdę do dziś okoliczności jej tragicznej śmierci nie zostały w pełni wyjaśnione. 

Do niedawna znaliśmy (tylko) jedną wersję tego tragicznego wydarzenia, według której samochód Wilhelminy podczas wspomnianej wyżej podróży, miał w mglisty poranek zderzyć się czołowo z czeskim motocyklistą. Ten ginie na miejscu, a Wilhelmina w skutek potężnego uderzenia zostaje wyrzucona przez przednią szybę swojego samochodu na pobocze. Najprawdopodobniej jeszcze żyła, jednak nieprzytomna, leżąc z twarzą zatopioną w dużej kałuży topi się i umiera. Ale czy tak było naprawdę?

Przyznam szczerze, że dzisiaj mam w tej sprawie bardzo wiele poważnych wątpliwości. Dlaczego? Ponieważ nie tak dawno dotarliśmy do bardzo ciekawych, spisanych przed laty wspomnień osoby, która poznała Wilhelminę kilka miesięcy przed jej śmiercią, codziennie ją widywała, po raz ostatni w zamku Valeč w dniu jej wyjazdu do męża, a później była naocznym świadkiem "dziwnych wydarzeń" związanych z "pogrzebem" Wilhelminy.  Tak naprawdę nie był to "normalny pogrzeb" a przygnębiający pochówek bez jakiegokolwiek rozgłosu, obecności księdza i możliwości powiadomienia bliskich krewnych Wilhelminy. Ale o tym później.

 

Aby wprowadzić Was lepiej w burzliwe wydarzenia ostatnich miesięcy II wojny światowej, cofniemy się o prawie rok wstecz, do grudnia roku 1944.

 

Kiedy w nocy z 5 na 6 grudnia 1944 roku, z nieznanej mi do tej pory przyczyny, spłonęła część PAŁACU SOLCA (Schloss Solza) w Karwinie (Karvina), będącego siedzibą rodową Larischów, było jasne, że nikt pałacu w tym momencie nie będzie remontował. Sowieci byli coraz bliżej i raczej każdy był świadomy tego, że ta wojna jest już przegrana.

Larischowie obawiali się końca wojny i tego co ze sobą przyniesie. Szczególnie tego, że znajdą się na terytorium zajętym przez Armię Czerwoną.

Dlatego wiosną 1945 roku opuścili Karwinę, udając się w ich zdaniem bezpieczniejsze miejsce, jakim miała być oddalona o prawie 500 km na zachód miejscowość Valeč, w pobliżu Karlsbad (Karlovy Vary/Karlowe Wary).

Tam znajdował się zamek (Schloss Waltsch/Schloss Valeč) zakupiony w roku 1937 przez młodego hrabiego Johanna Larischa, męża Wilhelminy.

Najpierw przewieziono z Karwiny do zamku w Valeč rodzinę i większość służby, oraz najcenniejsze rodzinne dobra.

Barokowe obrazy, kosztowne meble, rodzinne klejnoty - wszystko to stopniowo wywieziono do Schloss Waltsch. Według wspomnień świadków tych wydarzeń, same złoto i srebro (chodziło tu pewnie w większości o zastawy) miało zająć osiemnaście skrzyń.

Hrabia Larisch zabrał ze sobą również plany wszystkich swoich kopalń węgla w regionie Karwiny i zamurował je w piwnicy zamku.

Ponieważ dwie córeczki Wilhelminy i Johanna były wtedy jeszcze bardzo małe, pojechała z nimi również matka Johanna - hrabina Olívia Lucretia Larisch von Moennich (z domu Fitz-Patrick), aby zaopiekować się wnuczkami.

Jak wspominał 45 lat później (1995) mąż Wilhelminy - Johann Larisch: "Po przybyciu na miejsce (do Schloss Waltsch/do zamku w Valeč) wszyscy z wielkim niepokojem czekali na to co się wydarzy".

W maju 1945 roku, tuż po zakończeniu wojny, nowe władze oddelegowały do zamku w Valeč młodego zarządcę (kasztelana) o nazwisku Rouček.

Rouček przybył do zamku wraz z młodą żoną. Johann Larisch zapamiętał ich jako niezwykle inteligentnych i wrażliwych ludzi, dzięki którym jak to określił w swoich wspomnieniach, naprawdę odetchnęli z ulgą.

Vlasta Roučkova, żona nowego czeskiego zarządcy, była w tym samym wieku co Wilhelmina. Podobno bardzo się polubiły i doskonale dogadywały. To właśnie wspomnienia Vlasty Roučkovej, które nagrano na dyktafon w roku 1995, stały się bezcennym źródłem informacji opisującym ostatnie miesiące pobytu Larischów w zamku Valeč, oraz tragedię związaną ze śmiercią Wilhelminy.

A tak Vlasta Roučkova wspominała dzień przyjazdu do zamku Valeč:

"W maju 1945 roku, krótko po ślubie, przyjechałam jako żona zarządcy państwowego do zamku Valeč. Kiedy dotarliśmy na miejsce, wszyscy pracownicy zamku czekali już na nas. Wywarło to na mnie, wówczas jeszcze bardzo młodej i świeżo poślubionej kobiecie, ogromne wrażenie.

Młoda hrabina (Wilhelmina Larisch/Schaffgotsch) powitała mnie pięknym bukietem kwiatów i przyjacielskim pocałunkiem w policzek.

Powiedziała: „Na pewno zostaniemy dobrymi przyjaciółkami”. Natychmiast przydzielono nam pokoje z widokiem na piękny park. Znajdowały się one na tym samym piętrze co pokoje hrabiny, tylko że miały widok na miasteczko. Każdy pokój miał własną łazienkę.

W uroczystej jadalni spotykaliśmy się również z pracownikami, którzy przybyli do Valeč z Morawskiej Ostrawy.

Serdeczne przyjęcie, dobra atmosfera i wszystko inne dało mi pewność, że będziemy się dobrze dogadywać.

Młoda hrabina (Wilhelmina) Larischová miała dwie córki. Starsza dziewczynka miała około czterech lat i nazywała się Franziska, druga miała niecałe dwa lata i nazywała się Olivia. Były to urocze dzieci i często bawiliśmy się razem. Ich babcia nazywała Franziskę pieszczotliwie „Fani”. Dzieci zawsze mówiły do mnie „Frau Správec”. Było to jedyne czeskie słowo, które znały. Dzieci mówiły po niemiecku, tak samo jak ich rodzice którzy byli Austriakami.

Hrabina wyznała mi kiedyś, że pod koniec wojny się bała. Powiedziała: „Zawsze zastanawiałam się, jacy ludzie mogą tu przyjechać, cieszę się, że to właśnie Pani”.

Johann (Larisch von Moennich 1917-1997) bardzo kochał swoją żonę. Krótko po ślubie kazał specjalnie dla Wilhelminy wybudować w Schloss Waltsch (zamek w Valeč) korty tenisowe. Chciał aby i tam niczego jej nie brakowało.

Prawie pół wieku później (1992), podczas swojej pierwszej powojennej wizyty w Karwinie (Karvina) oraz zamku Valeč (Schloss Waltsch) tak wspominał Wilhelminę:

"Willly, bo tak ją wszyscy nazywaliśmy, podobnie jak ja kochała grę w tenisa. Kolekcjonowała również dzieła sztuki, lubiła muzykę i oczywiście modę. A poza tym wszystkim była wspaniałą matką dla naszych dwóch córek, które urodziły się podczas wojny."

Kiedy wiosną 1945 roku opuścili Karwinę i przenieśli do Schloss Waltsch, odetchnęli z ulgą i poczuli się chwilowo bezpiecznie. Sytuacja zmieniła się z momentem zakończenia wojny. Widzieli co dzieje się dookoła pod sowieckim butem i administracją czeskich komunistów.

Nie było wiadomo co przyniesie kolejny dzień. Johann Larisch postanowił wyjechać do Austrii, aby przygotować (bezpieczniejsze) miejsce dla rodziny. Tak to wspominał:

"Wyjechałem do Wiednia razem z ojcem, aby zabezpieczyć nasze austriackie majątki rodowe, a przede wszystkim przygotować sytuację do wyjazdu rodziny z Czechosłowacji.

Dobrze wiedzieliśmy, że nasze czechosłowackie majątki są dla nas w tej chwili stracone, a ojciec ostrzegał również przed nadejściem komunizmu.

Moja żona Willy, dzieci i matka (Olivia Lucretia) miały dołączyć do nas po kilku tygodniach, kiedy sytuacja się uspokoi i wyjaśni.

Jednak wszystko się skomplikowało i przedłużyło. W końcu moja żona nie chciała dłużej czekać i wyruszyła w podróż sama."

A tak wspominała te chwile Vlasta Roučkova, żona młodego zarządcy zamku w Valeč, oddelegowanego tam przez nowe czeskie władze:

"Pewnego dnia hrabia postanowił wyjechać do Austrii, aby przygotować miejsce dla rodziny – i rzeczywiście wyjechał. W tym czasie wszelkie kontakty zagraniczne zostały całkowicie przerwane, a nawet połączenia telefoniczne lub pisemne były niemożliwe. Następnie młoda hrabina (Wilhelmina) chciała wyruszyć do Austrii za swoim mężem. Uzyskanie pozwolenia na podróż nie było jednak łatwe. Musiała ubiegać się o zezwolenie w wielu miejscach. Hrabina wyruszyła więc w podróż wraz z prawnikiem w jednym samochodzie. Pokojówkę wysłała wcześniej pociągiem."

Tego dnia, wczesnym porankiem 22 listopada 1945 roku, podczas krótkiego pożegnania przed podróżą, Vlasta Roučkova po raz ostatni widziała żywą Wilhelminę. Nikt nie przypuszczał jaka tragedia wydarzy się za kilka godzin ...

Wilhelmina wyjechała z zamku Valeč (Schloss Waltsch) wczesnym porankiem 22 listopada 1945 roku. Był to podobno zimny i mglisty dzień.

Jej dwie małe córeczki Franziska i Olivia pozostały w zamku z babcią - hrabiną Olivią Lucretią (Fitz-Patrick) Larisch von Moennich (teściową Wilhelminy). Z wspomnień Vlasty Roučkovej dowiedzieliśmy się, że nie jechała sama, a w towarzystwie wynajętego adwokata. Co wydarzyło się kilka godzin później pozostaje wciąż niewyjaśnioną do końca tajemnicą.

Jak już wspominałem wcześniej, do niedawna znałem wyłącznie jedną "wersję" wydarzeń i okoliczności śmierci Wilhelminy, mówiącej o wypadku samochodowym, a konkretnie o zderzeniu w mglisty poranek samochodu którym podróżowała Wilhelmina z czeskim motocyklistą.

Wskutek zderzenia obu pojazdów motocyklista miał ponieść śmierć na miejscu, a Wilhelmina miała zostać wyrzucona przez przednią szybę z samochodu, upadając nieprzytomna pechowo twarzą w kałużę, co sprawiło że się w niej utopiła.

Przyznam szczerze, że po dotarciu w październiku b.r. do spisanych przed 30 laty wspomnień pani Vlasty Roučkovej, gdzie pojawiają się dwie inne wersje i okoliczności śmierci Wilhelminy, wersja z "utopieniem się w kałuży" traci w mojej ocenie swoją wiarygodność i przybiera bardziej wymiar "celowo sfabrykowanej" przez osoby odpowiedzialne za śmierć Wilhelminy, aby zataić prawdę i być może popełnioną zbrodnię.

Moim zdaniem "wersja z kałużą" miała "zaspokoić" ewentualne dociekania zrozpaczonej rodziny i szybko zamknąć sprawę.

W sumie bardzo wiele na to wskazuje, szczególnie to co działo się krótko po śmierci Wilhelminy, m.in. surowy odgórny zakaz otwierania trumny i sam pogrzeb którego tak naprawdę nie było. Ale o tym później.

Z wspomnień Vlasty Roučkovej dowiadujemy się (co jest drugą wersją wydarzeń), że Wilhelmina i podróżujący z nią adwokat mieli podczas podróży kilkakrotnie natknąć się na sowiecką armię, w tym ciężkie pojazdy opancerzone. W pobliżu miejscowości Čepice jeden z pojazdów opancerzonych rzekomo zepchnął ich samochód do stawu. Hrabina (Wilhelmina), jak potem mówiono, nie mogła wydostać się z samochodu i utonęła. Jej przewodnik, wynajęty prawnik, został podobno ciężko ranny, nie wiemy jednak czy przeżył. Moim zdaniem nie, bo najwyraźniej nigdy nie powrócił a tym samym nie opowiedział co stało się naprawdę, skoro do dziś krążą różne wersje odnośnie okoliczności śmierci Wilhelminy.

Jest też trzecia wersja odnośnie tragicznej śmierci Wilhelminy, która mówi o zatrzymaniu przez sowietów jej samochodu na jednym z punktów kontrolnych. Sowieci podczas kontroli mieli znaleźć przewożoną przez Wilhelminę sporą ilość biżuterii którą chcieli zabrać, Wilhelmina nie chciała jej oddać stawiając opór ... i została zastrzelona lub uprzednio zgwałcona i zabita w inny sposób. Była młodą, ładną i na dodatek stawiającą opór niemiecką hrabianką, zapewne znienawidzoną przez sowietów ... 

Vlasta Roučkova wspomina również :

"Tego samego dnia, a może dopiero następnego – nie pamiętam już dokładnie – nadeszła wiadomość z Pragi, że mój mąż ma się tam natychmiast zgłosić. Czuliśmy, że stało się coś złego.

Mój mąż natychmiast wyjechał. W Pradze, czy to w ministerstwie, czy gdzie indziej, dowiedział się, że młoda hrabina nie żyje.

Trumna z jej szczątkami została tymczasowo złożona w pobliskim klasztorze. Za około czternaście dni miała zostać przewieziona z powrotem do Valeč. Nie pamiętam już nazwy tego klasztoru, ale powinien on znajdować się gdzieś w pobliżu miejsca wypadku.

Jak już wcześniej wspomniałam, nie było żadnego połączenia z Austrią, więc nie można było przekazać tej strasznej wiadomości ani jej mężowi, ani rodzicom, którzy mieszkali wówczas w amerykańskim sektorze na południu Niemiec. Teściowa Wilhelminy próbowała skontaktować się z nimi za pośrednictwem Czerwonego Krzyża. Bezskutecznie.

Pokojówka, wysłana przez Wilhelminę kilka dni wcześniej pociągiem, po dotarciu do celu poinformowała tylko męża Wilhelminy, że młoda hrabina przyjedzie za kilka dni."

Z wspomnień (1992) męża Wilhelminy, hrabiego Johanna Larischa (1917-1997):

"Nigdy nie ustalono dokładnie, co się stało. Dokumenty policyjne, o ile w ogóle istniały, zniknęły. W 1945 roku była to tylko jedna z wielu śmierci i nikt nie zwrócił na to uwagi. Według wersji przekazywanej rodzinie mojej żony, w mgle zderzył się z jej samochodem motocyklista który zginął na miejscu. Siła uderzenia wyrzuciła Wilhelminę przez przednią szybę jej samochodu na pobocze. Prawdopodobnie nadal żyła, ale była nieprzytomna i leżała z twarzą zanurzoną w dużej kałuży. Nikogo innego nie było w pobliżu i nikt jej nie pomógł. W ten sposób utonęła.

Mówi się jednak również, że została zamordowana przez żołnierzy Armii Czerwonej, którzy po zatrzymaniu jej samochodu na jednym z punktów kontrolnych znaleźli przy niej rodzinną biżuterię, którą próbowała wywieźć za granicę.

Nie wiem, co jest prawdą. I prawdopodobnie nigdy się tego nie dowiemy. Prawda zniknęła w wirze końca wojny. Tak samo jak zniknęła tam moja Willy."

Myślę, że Wilhelmina decydując się w tak burzliwych i niepewnych czasach na daleką podróż samochodem przez zajęty przez sowietów kraj, nie była w pełni świadoma ryzyka jakie podejmuje. Tym bardziej będąc młodą kobietą, arystokratką i w dodatku Niemką, a przy tam przewożąc ze sobą z pewnością sporą ilość kosztownej biżuterii, o której słyszeliśmy w wspomnieniach jej męża Johanna Larischa.

Każda z dwóch nowych wersji odnośnie okoliczności śmierci Wilhelminy może być prawdziwa. Wersja z zatrzymaniem i kontrolą samochodu przez sowietów, natrafieniem na biżuterię i zamordowaniem Wilhelminy wydaje mi się bardzo realna i przekonywująca.

Być może kiedy sowieci zatrzymali samochód Wilhelminy, skontrolowali jej dokumenty, poznali jej tożsamość (Niemka, hrabina), a przy tym w samochodzie znaleźli biżuterię którą przewoziła, po prostu jej nie odpuścili. Być może Wilhelmina stawiała opór aby nie oddać biżuterii, co tylko pogorszyło sprawę i przesądziło o jej losie. Być może oprócz rabunku została przez sowietów zgwałcona a następnie zabita, zastrzelona lub zmasakrowana.

Biorąc pod uwagę fakty, że kiedy jej zwłoki dotarły do zamku w Valeč w zamkniętej i zapieczętowanej trumnie, z zakazem jej otwierania, jak również wydanym zakazem zrobienia należytego pogrzebu z udziałem jej rodziny, to musiały być ku temu powody.

Przy otwarciu przez rodzinę trumny aby po raz ostatni pożegnać się z Wilhelminą, mogło wyjść na jaw, że nie utopiła się jak mówiono a ma np. rany postrzałowe, lub jej ciało nosi ślady bardziej brutalnych obrażeń. Logiczne? Myślę że jak najbardziej.

A co z prawnikiem który towarzyszył jej w podróży, który podobno przeżył wypadek ciężko ranny?

Jeśli nie było wypadku z motocyklistą czy też z pojazdem opancerzonym który zepchnął samochód do stawu, a był rabunek, gwałt i morderstwo ze strony sowietów, to wspomniany prawnik jako niewygodny świadek, raczej nie wyszedł z tego żywy. Mówiono że niby przeżył ciężko ranny, ale z wspomnień Vlasty Roučkovej wnioskuję, że nikt więcej go nie widział ...

Gdyby przeżył i wrócił tam skąd wyjechał i skąd najprawdopodobniej pochodził, to z pewnością prędzej czy później Vlasta Roučkova czy rodzina Larisch poznałaby w szczegółach prawdziwe okoliczności wypadku i śmierci Wilhelminy. Tak jednak nie było, ponieważ do dziś krążą trzy wersje odnośnie jej śmierci i rodzina Larisch nie wie w którą ma wierzyć.

Ale wróćmy do spisanych w roku 1995 wspomnień Vlasty Roučkovej, która tak opisuje dalszy bieg wydarzeń:

"Po około tygodniu, może nieco dłużej, trumna z ciałem młodej hrabiny została przewieziona do Valče.

Trumna była szczelnie zamknięta, zapieczętowana i surowo zabroniono jej otwierania. Nie można było sprawdzić, czy rzeczywiście znajduje się w niej młoda hrabina. Trumna była wystawiona do czasu pogrzebu w zamku, a służba stała przy niej na straży.

Nadszedł dzień pogrzebu. Miała zostać pochowana w grobowcu rodowym w zamkowym kościele.

Kiedy konie przywiozły karawan do zamku, wydarzyło się coś dziwnego – bez żadnej zewnętrznej interwencji z karawanu spadł przymocowany na szczycie krzyż. Wszyscy bardzo się tym przestraszyliśmy.

Pogrzebowy powóz ruszył, okrążył fontannę i skierował się w stronę alei prowadzącej do bramy wejściowej do parku zamkowego, aż do dziedzińca, na którym stał zamkowy kościół. I wtedy po raz drugi wydarzyło się coś dziwnego – konie nie chciały jechać dalej, rzucały się, jakby bały się czegoś niewidzialnego. W końcu mężczyźni musieli zdjąć trumnę z karawanu i nieść ją na ramionach aż do wejścia do grobowca po wschodniej stronie kościoła zamkowego. Żaden ksiądz nie towarzyszył młodej hrabinie w jej ostatniej drodze, nie zabrzmiały żadne dzwony – zabroniono zorganizować tradycyjny pogrzeb kościelny. Był to naprawdę bardzo smutny pogrzeb, w którym mogła uczestniczyć tylko służba.

Przed trumną szła hrabina (Olivia Lucretia) z czteroletnią Franziską, która niosła skromny bukiet kwiatów i wciąż pytała babcię: „Gdzie jest mama?” – a ta odpowiadała: „Jest w niebie!” Franziska mówiła płacząc: „Ja też chcę do nieba, do mamy”. Mała Olivia była przewożona w dziecięcym wózku. Zaraz potem poszliśmy za nią wraz z mężem, a za nami szlachcic Lažanský z Chýše.

W grobowcu po wschodniej stronie kościoła zamkowego trumna została ustawiona przy lewej ścianie, na podłodze."

Dziwne, nadzwyczaj nietypowe okoliczności pochówku tragicznie zmarłej Wilhelminy, a szczególnie odgórny, surowy zakaz otwierania jej zapieczętowanej wcześniej trumny, nasuwają oczywiście wiele pytań i budzą wątpliwości co do tego, czy w przywiezionej do zamku Valeč (Schloss Waltsch) trumnie, znajdowały się zwłoki Wilhelminy?

Moim zdaniem w trumnie pochowano Wilhelminę, ale zapieczętowanie trumny i surowy zakaz jej otwierania musiał mieć swoje powody.

Myślę, że Wilhelmina zginęła w bardzo brutalny sposób, co zapieczętowaniem trumny starano się ukryć przed jej bliskimi. Jeśli kiedyś dojdzie do otwarcia trumny i przeprowadzenia badań antropologicznych, z pewnością wyjaśni to wiele nurtujących nas pytań.

Rozmawiałem w tej sprawie z lokalnym historykiem i obecnym kustoszem zamku Valeč panem Miloszem (Miloš Bělohlávek), który nie wyklucza czegoś takiego podczas następnej kontroli stanu krypty grobowej w której znajduje się trumna Wilhelminy.

Ale wróćmy do wydarzeń z końca 1945 roku i wspomnień pani Vlasty Roučkovej, młodej żony urzędowego zarządcy (kasztelana), wysłanego w maju 1945 r. przez komunistyczne władze do zamku Valeč.

Po skromnym pochówku Wilhelminy nastały dla jej dwóch małych córek i opiekującej się nimi babci (teściowej Wilhelminy - hrabiny Olivii Lucretii Larisch von Moennich, z domu Fitz-Patrick) ciężkie czasy. Vlasta Roučkova tak to wspominała:

"Były to ciężkie czasy, przez całe życie mam przed oczami te obrazy. Hrabina była całkowicie zrozpaczona, nie miała prawie żadnych pieniędzy. Personel pracował jak zwykle, nie otrzymując za to wynagrodzenia. Mój mąż i ja jeździliśmy do Rakovníka, aby kupić dzieciom buty.

W zamku było wystarczająco dużo jedzenia, zapasy w piwnicach wystarczyły, ale dzieciom brakowało ubrań, nie miały się w co ubrać, nie miały w co się przebrać.

Hrabina Olivia codziennie przychodziła do mojego pokoju - mieszkała bowiem na tym samym korytarzu. Często rozmawiała ze mną, a czasem nawet płakała.

Pewnego dnia powiedziała mi, że jeśli będzie musiała opuścić Valeč, mam wprowadzić się do jej pokoi i pilnować wszystkiego, dopóki nie wróci.

Przez cały czas hrabina starała się znaleźć dla swoich służących inne miejsca pracy.

W międzyczasie znów można było dzwonić. Rozmawiała również ze swoim bratem w Anglii. Każdy członek rodziny miał inną narodowość.

Jej *córka wyszła za mąż za Polaka i mieszkała w Brazylii.

W rozmowach wielokrotnie pytała ze łzami w oczach: „Dlaczego to wszystko musiało się wydarzyć, skoro nikomu nic nie zrobiliśmy, zawsze dobrze traktowaliśmy służbę”. Zaczęła się bać, ponieważ mężczyźni byli poza domem, a niepewność co do tego, co jeszcze może się wydarzyć, bardzo jej ciążyła."

* Wspomniana córka hrabiny Olivii Lucretii, to Helene Lukretia Isabella Henrietta Maria Larisch von Moennich (1914-2011), która w roku 1935 wyszła za mąż za polskiego arystokratę Andrzeja Tarnowskiego, a po zakończeniu II wojny światowej wyjechała z mężem do Brazylii.

Vlasta Roučkova wspominała dalej:

"Minęło około pół roku, nie pamiętam już dokładnie, kiedy mój mąż przyszedł do hrabiny z poważną miną – byłam wtedy u niej w pokoju – i powiedział, że hrabina musi natychmiast opuścić Valeč, że nie może nic ze sobą zabrać.

Przed zamkiem stoi amerykański jeep. „Musicie natychmiast wsiadać, Pani hrabino” – nalegał mój mąż.

Hrabina ubrała się, wzięła dwoje małych dzieci, wsiadła do samochodu i pojazd odjechał.

Wszystko to wydarzyło się w ciągu niecałej godziny. O wyjazd zadbał amerykański generał, który stacjonował wówczas w Austrii. Był to jej kuzyn, ponieważ hrabina była Amerykanką, spokrewnioną z amerykańskim generałem Cleyem (lub coś w tym rodzaju – nazwisko brzmiało podobnie).

Nie mogła dłużej pozostać w Valeč, więc mieli tylko krótki czas do dyspozycji. Nikt nie mógł zauważyć, że hrabina opuszcza zamek ze swoimi wnukami. Wywołałoby to oburzenie."

Johann Larisch, mąż Wilhelminy, syn Olivii Lucretii w roku 1992 tak to wspominał:

"Moja matka Olívia została sama z naszymi córkami w Schloss Waltsch (zamek Valeč). Nie było możliwości skontaktowania się z nimi. Europa była rozbita, prawie nic nie funkcjonowało.

W końcu udało mi się skontaktować z moim dalekim wujkiem, bratem mojej matki, **generałem Clayem, który przypadkiem był dowódcą amerykańskiej strefy okupacyjnej w Niemczech. Wysłał po moją matkę oddział wojskowy, który zabrał ją i moje córki z Valeč i zawiózł w bezpieczne miejsce. Wyjeżdżali w wielkim pośpiechu, mieli tylko kilka minut na spakowanie się.

W Valeč zostawiliśmy wszystko. Nasz majątek, służbę, rodzinne zdjęcia, listy i wspomnienia. A w krypcie kościelnej również moją ukochaną żonę i matkę moich córek.

Szansę pożegnania się z moją Willy dostałem dopiero 47 lat później, latem 1992 roku, kiedy po raz pierwszy od wojny mogłem ponownie odwiedzić Valeč. Ale to już było inne miejsce."

** Lucius Dubignon Clay (ur. 23 kwietnia 1898 r. w Marietta w stanie Georgia, zm. 16 kwietnia 1978 r. w Chatham w stanie Massachusetts) był generałem armii amerykańskiej i w latach 1947–1949 gubernatorem wojskowym amerykańskiej strefy okupacyjnej w Niemczech.

Był kuzynem Olivii Lucretii (Fitz-Patrick) hrabiny Larisch von Moennich (1894-1971), teściowej tragicznie zmarłej w listopadzie 1945 roku Wilhelminy Schaffgotsch (1919-1945).

Na początku maja 1945 r., tuż przed kapitulacją Niemiec, Clay został zastępcą generała Eisenhowera, a następnie wojskowym gubernatorem i głównodowodzącym amerykańskiej strefy okupacyjnej i amerykańskiego sektora Berlina. To on, dzięki wysokiej pozycji i zajmowanego stanowiska wojskowego gubernatora amerykańskiej strefy okupacyjnej w Niemczech, wywiózł z zajętej przez sowietów Czechosłowacji swoją kuzynkę z dwójką jej małych wnuczek (Franziska i Olivia), córeczek zmarłej tragicznie Wilhelminy.

15 marca 1947 r. został następcą McNarneya na stanowisku gubernatora wojskowego amerykańskiej strefy okupacyjnej oraz dowódcą Sił Zbrojnych Stanów Zjednoczonych w Europie i Afryce (USAREUR-AF).

Clay zorganizował również "berliński most powietrzny", dostarczający zaopatrzenie Berlinowi Zachodniemu zimą 1948-1949 roku. Będąc już emerytowanym generałem pełnił funkcję ambasadora USA w Republice Federalnej Niemiec w latach 1961-1962.

Vlasta Roučkova wspominała dalej:

"Po nagłym wyjeździe hrabiny, wraz z mężem wprowadziliśmy się do jej pokoi, zgodnie z jej życzeniem.

W pokojach stały cenne meble. Mówiła, że te drogie intarsje zebrała z całego świata. Każdy egzemplarz pochodził z innego miejsca.

Gdyby kiedykolwiek miała wrócić, wszystko miało być w porządku. Ale ona nie wróciła – a my musieliśmy opuścić zamek.

Budynek ten był później wykorzystywany jako dom spokojnej starości. Do zamku przeniesiono następnie różne instytucje: sierociniec, dom dziecka – dzieci, którymi nie mogli opiekować się ich rodzice.

Około dwa lata później mój mąż otrzymał pozwolenie na wyjazd do Austrii, aby odnaleźć rodzinę Larischów i przeprowadzić z nimi pewne rozmowy. Po powrocie nie rozmawiał już jednak ze mną na ten temat."

Z moich wcześniejszych publikacji na facebooku i fanpage PAŁAC w Kopicach wiemy, że po wydostaniu się z komunistycznej Czechosłowacji, rodzice młodego wdowca Johanna początkowo zatrzymali się w Wiedniu, a potem zamieszkali w myśliwskim zameczku w Palfau. Tam w roku 1962 zmarł ojciec Johann Heinrich, a w roku 1971 matka Olivia.

Zaraz po zakończeniu II wojny światowej, jako pierwsza do Brazylii wyjechała ich córka Helena (Helene Lukretia Isabella Henrietta Maria Larisch von Moennich 1914-2011) z mężem Andrzejem Tarnowskim i córkami.

To właśnie Helena ściągnęła do Brazylii owdowiałego brata Johanna i zapewne myśląc o dalszym wychowaniu i przyszłości jego córek, zeswatała go z również młodo owdowiałą hiszpanką, hrabiną Maria de Lourdes de Salamanca y Caro.

Johann aby poznać przyszłą żonę, zostawił córki na pewien czas pod opieką matki Olivii w Wachau w Austrii. W tym czasie poleciał do Brazylii aby poznać Marię de Lourdes. Po ślubie z Marią wrócił do Austrii po córki. Maria de Lourdes miała z poprzedniego małżeństwa również dwójkę dzieci (syna i córkę). Wspólnie mieli jeszcze 6-cioro dzieci (4 synów i 2 córki). 

Franziska i Olivia wróciły do Europy po osiągnięciu pełnoletności początkiem lat 60-tych XX wieku. Johann Larisch mieszkał w Brazylii około 18 lat, później również wrócił do Europy, do Hiszpanii skąd pochodziła jego druga żona. 

Jako ciekawostkę dodam, że starsza siostra Helena towarzyszyła Johannowi w październiku 1992 roku podczas jego pierwszej po wojnie (po 47 latach) wizyty w ówczesnej Czechosłowacji. Także dwie, dorosłe już córki Wilhelminy (Franziska i Olivia) odwiedziły wówczas zamek w Valeč i miejsce gdzie pochowana została ich matka. Johannowi towarzyszyły również dzieci z jego drugiego małżeństwa z hiszpanką Marią de Lourdes de Salamanca y Caro.

 

Johann Heinrich Hermann Leopold Maria Larisch von Moennich zmarł w wieku 80 lat, 7 marca 1997 roku w miejscowości Marbella w Hiszpanii. Obie córki Wilhelminy nadal żyją. Franziska ma obecnie 83 lat i mieszka w miejscowości Marbella w Hiszpanii. Młodsza o rok Olivia ma obecnie 82 lata i mieszka w Nowym Jorku. Córka Franziska mając 24 lata wyszła za mąż za bogatego handlarza diamentami - Jack Roosmale. Byli małżeństwem jedynie 3 lata. Jej drugim mężem był Georges Fixon. Młodsza o rok Olivia poślubiła hrabiego Andreas Herbert Alexander Graf von Bismarck-Schönhausen. Jej mąż zmarł w 2024 roku. Mieli trójkę dzieci.

Chciałbym dodać jeszcze bardzo istotną informację, że poznanie nowych wersji odnośnie okoliczności śmierci Wilhelminy, zawdzięczam pomocy Pawła (Paweł Krzysztof Satława), który nawiązał kontakt z obecnym kustoszem zamku w Valec, zdobył wspomnienia Vlasty Roučkovej oraz Johanna Larischa i mnie o tym poinformował. Serdeczne podziękowania również dla pana Miloš Bělohlávek, kustosza zamku w Valec, za wyrażenie zgody na wykorzystanie i udostępnienie w.w. wspomnień. 

▷Jeśli korzystasz z /lub udostępniasz mozolnie zebrane i opublikowane przeze mnie tutaj informacje, uszanuj proszę moją pracę/mój czas i podaj źródło, czyli linka/adres mojej strony. Będę Ci za to bardzo wdzięczny :) 

© kopice.org

Ostatnia aktualizacja 10 grudnia 2025

Fotografie archiwalne pokolorował Jacek Kucharczyk © Koloryzacja starych fotografii

Copyright by J.M.Skop © All Rights Reserved 2006 - 2026

tel. +49 172 2309359   |   Impressum  |  Polityka prywatności

  • Facebook Black Round
  • Twitter Black Round
  • Instagram - Black Circle

pałac w kopicach,joanna schaffgotsch von schomberg-godulla,śląski kopciuszek,pałac na wodzie,hans ulrich graf schaffgotsch,kopice,karol godula,karl godulla,gräfin sophie henckel von donnersmarck,schloss koppitz,

bottom of page